Lost FORUM: Zagubieni, forum, season 4 download, napisy, odcinki, tapety, sezon 4 czwarty, Josh Holloway, Sawyer, rmvb, avi, torrent

Lost | FAQ | Szukaj | Użytkownicy | Grupy | Mapa forum | RSS | Zaproś
Rejestracja | Zaloguj
 Ogłoszenie 
Dotacje dla forum. WYŚLIJ SMSa i pomóż w opłaceniu serwera - kliknij TUTAJ
Dla osób, które pomogą ranga Sponsor i zdjęcie ostrzeżeń


Odpowiedz do tematu
Poprzedni temat :: Następny temat
SEZON 4 - fanfick
Autor Wiadomość
Narion 
Zagubiony

Dołączył: 16 Sty 2008
Posty: 10
Wysłany: 2008-01-16, 21:24   SEZON 4 - fanfick

LOST – Zagubieni
sezon 4


Na wstępie:
Będę tutaj zamieszczał moją wersję zagubionych. Byłbym wdzięczny gdybyście komentowali. Retrospekcje lub futurospekcje będę oznaczał tak: ***.
NIe wiedziałem czy to dobre miejsce na założenie tego tematu, mam nadzieję, że tak.
Zapraszam do czytania :P





Ps. Oczywiście pierwsza scena zaczyna się nieśmiertelnym ujęciem otwartego oka :D



LOST-Zagubieni
Odc.1 Begining of the end. - Początek końca.



Otworzył oczy. Monotonne pikanie włączonego komputera stawało się nie do zniesienia. Wstał z łóżka i rozejrzał się nieprzytomnym wzrokiem po swoim pokoju. Podszedł do komputera. Nachylił się nad klawiaturą po czym wstukał kilka przycisków.
Z głośników wydobył się dźwięk. Piosenka, która stała się ostatnio niezwykle popularna. Mężczyzna zwiększył głośność i skierował się w stronę łazienki słuchając Charli’ego Pace’a
- You all ewerybody. You all ewerybody…
Przemył twarz i spojrzał w lustro. Przed nim stał średniego wzrostu czterdziestoletni mężczyzna z szerokimi ramionami, ciemnymi włosami i jasnymi oczami. Muzyka ucichła. Wytarł twarz, umył zęby i uczesał włosy.
Założył ubranie i spojrzał w lustro.
Ciszę rozdarło pikanie, to samo które go dzisiaj obudziło. Podszedł do szafki i wpisał kod. Wyjął z środka strzykawkę. Podwinął rękaw i zrobił sobie zastrzyk.
Nagle cały pokój się zatrząsł. Mężczyzna stał przez chwilę w jednym miejscu poczym zaklął i odstawił strzykawkę na miejsce.
Już miał usiąść przy komputerze, gdy w całym pokoju rozległ się dźwięk telefonu. Szybko podbiegł do łóżka i odebrał leżący tam telefon, w tym samym momencie wciskając czerwony przycisk na komputerze. Na ekranie pojawiła się mapa świata i wielki czerwony napis. NAMIERZAM
Po chwili szelestu usłyszał jakieś głosy.
Przyłożył słuchawkę do ucha czując jak lata pracy niezliczonych ludzi przed nim doprowadziły właśnie do tego zdarzenia.
Gdy mówił, starał się aby jego głos brzmiał jak najspokojniej.
- Minkowski. – nie było odpowiedzi
- Halo?
Czekał z niecierpliwością, gdy usłyszał jakiś głos pełen emocji.
- Kto mówi.
Minkowski stał przez chwilę z otwartymi ustami, nie taka powinna być odpowiedź.
- A kto mówi? – zapytał.
- Nazywam się Jack Shephard. Czy... czy jesteście na łódce? Na fraktowcu?
Cholera, jaki Shephard? pomyślał.
- Skąd masz ten kanał?
- Naomi. Naomi powiedziała nam o waszej grupie poszukiwawczej. I o łódce.
Minkowski odetchnął z ulgą.
- Naomi. Znaleźliście ją? Gdzie ona jest? Kim wy jesteście?
- Jestem jednym z ocalałych z lotu 815. Czy możecie namierzyć naszą pozycję?
- Pewnie że możemy. Siedźcie tam spokojnie zaraz tam będziemy.
Sygnał zgasł. Hmm nie tak zaraz. Pomyślał po chwili. Dotarcie tam może zabrać sporo czasu.
Minkowski, odrzucił telefon na łóżko i szybko podbiegł do komputera. Wstukał na klawiaturze 7418880. Monitor zgasł i po chwili włączył się ponownie. Tyle że w miejscu ikon była twarz jakiegoś mężczyzny. Minkowski wziął głęboki oddech.
- Panie Mittelwerk, znaleźliśmy ich.
Rozmówca stał przez chwilę z pół otwartymi ustami po czym uśmiechnął się szeroko.
- Doskonale, wiesz co robić.
Ekran zgasł.
- O tak - powiedział sam do siebie - wiem co robić
Minkowski poprawił logo fundacji Hanso na lewej ręce i wyłączył ekran.
Nagle pokój znów się zatrząsł. Wyjrzał przez okno i powiedział.
- Cholerny statek.




LOST



Jack rozejrzał się do o koła. Stan, który panował do o koło można było nazwać jedynie euforią. Jedyną osobą która nie okazywała radości, była teraz przywiązana do drzewa.
- Czemu to zrobiłeś?
Jack podszedł do niego.
- Co zrobiłem, Ben?
- Czemu zadzwoniłeś.
Jack zaśmiał się, choć ciężko było dopatrzyć się wesołości w tym śmiechu.
- Zadzwoniłem, ponieważ odkąd się tu pojawiliśmy jesteśmy, porywani, mordowani i zastraszani. Dla tego zadzwoniłem.
Ben spojrzał na niego. Jack patrząc na jego twarz, zdziwił się że tak dotkliwie go pobił.
- Popełniłeś błąd Jack.
- O nie już dawno przestałem je popełniać.


***

- Musimy tam wrócić Kate! Musimy tam wrócić.
Już się nie obejrzała. Jack patrzył jak samochód się coraz bardziej oddalał. Po chwili wsiadł do swojego i spojrzał na ogłoszenie z gazety, zamyślił się.
Odpalił i ruszył. Nie zatrzymywał się. Było mu wszystko jedno czy zatrzyma go policja czy nie. Zatrzymał się w tym samym miejscu w którym był jeszcze kilka godzin temu. Wyłączył samochód i wysiadł.
Podszedł do budynku i nacisnął klamkę. Drzwi były zamknięte.
- Cholera.
Naparł z całej siły, już po kilku sekundach usłyszał jak zamek pęka.
Drzwi otworzyły się z hukiem. Wszedł do środka pewnym krokiem. Trumna leżała tak jak ją zostawił. Podszedł do niej.
Jedną rękę położył na niej a drugą zakrył oczy.
- Wybacz mi. – powiedział do siebie.
- Powinienem był cię posłuchać wtedy. Wybacz Ben, popełniłem błąd.



***


Sawyer spojrzał na ciało Toma leżąca kilka metrów dalej w małej dziurze zrobionej przez Sayida.
Rozejrzał się do o koła i wsadził rękę do kieszeni. Wyciągnął z niej cztery kawałki podartego listu.
Spojrzał na nie. Przed oczami przeleciała mu cała seria obrazów. Prawdziwy Sawyer, Casidy, Kate, chwila w której zabił człowiek który zrójnowął mu życie i chwila w której zabił Toma.
- Co to? – Za Sawyerem stała Julliet.
Szybko schował kawałki papieru do kieszeni.
- Mapa do zapasów Świętego Mikołaja. - mruknął sarkastycznie
Julliet uśmiechnęła się.
- A cenne są chociaż te zapasy?
Spojrzał na ciało Toma.
- Nie, już nie.
- Ej.
Obejrzeli się za siebie. Hugo biegł w ich stronę. Wyglądał dość komicznie, podwijając grube nogi i próbując się przebić przez piasek. Zatrzymał się metr od nich by złapać oddech.
- Jack... Jack zadzwonił do tego kolesia na łódce. Mają nas uratować. Tak powiedział. I nie uwierzycie kogo złapali.
- Zgaduje że nie jest to dchłopak z pudełkiem Pizzy – mruknął Sawyer
- Nie, złapali Bena.
Julliet podniosła głowę.
- Jak to? Jak go złapali?
- Nie wiem. Jack powiedział jedynie że go złapali.
Juliet poderwała się.
- Musimy tam natychmiast iść.
- Ale Jack powiedział że musimy tu zostać.
Zapadła chwila milczenia.
- No no no, skoro Kapitan Jack tak powiedział to nie może być inaczej – mruknął Sawyer.


Jack oparł się o drzewo. Spojrzał na Bena i zaczął się zastanawiać.
A jeżeli w tym co mówił Ben jest trochę prawdy? W takim razie skazał wszystkich rozbitków na pewną śmierć, ale to nie możliwe.
- Jak myślisz to prawda? – spytała Kate.
- Co?
Rozejrzał się, nie zauważył jak Kate do niego podeszła.
- To co mówi Ben. Czy to prawda?
- Na pewno nie. Po prostu chciał nas tutaj zatrzymać.
- Ale po co?
- A skąd mam wiedzieć, Kate?
Przez chwilę siedzieli cicho.
- Gdzie jest Lock?- spytała nagle.
Jack rozejrzał się. Dopiero teraz zobaczył że nigdzie go nie ma.
- Jako jedyny z was zachował się odpowiednio do sytuacji.
Rozejrzeli się do o koła. Ben nie patrzył na nich, ale bez wątpienia to on mówił. Wzrok miał zwrócony w kierunku morza.
- Co?
- Jako jedyny uwierzył, że jeżeli mnie nie wypuścicie i nie pójdziecie za mną to wszyscy zginiecie.
- Zamknij się.
Patrzył z nienawiścią na niego. I nagle doszła do niego pewna dziwna myśl.
- Czemu skłamałeś.
Ben odwrócił wzrok od morza i spojrzał na niego trochę nie przytomnie.
- Że co?
- Powiedziałeś, że Sayid, Jin i Bernard nie żyją. Czemu skłamałeś?
Ben patrzył przez chwilę na niego jakby nie rozumiał o co chodzi.
- Aaa – mruknął najwyraźniej sobie przypominając – mówiłem to już. Jesteśmy dobrymi ludźmi, nie zabijamy.
Jack nic nie odpowiedział. Tamten chyba zresztą tego nie oczekiwał bo spojrzał z powrotem na morze.
Lekarz przetarł zmęczone oczy, Kate spojrzała na niego.
- Wyglądasz okropnie.
- Co? – zdziwił się.
- Kiedy ostatnio spałeś.
- Nie ważne, odpocznę gdy to wszystko się skończy.
- To się nigdy nie skończy. – dobiegł głos więźnia.
- Powiedziałem ci , zamknij się!
Kate włożyła rękę do kieszeni i wyjęła tabletkę. Dała ją Jack’owi.
- Zjedz to.
- Co to?
- Postawi cię na nogi.
Nagle usłyszeli śmiech. Ben wisiał związany i śmiał się sam do siebie.
- O co ci chodzi – spytał zmęczonym głosem Jack.
- Byłeś kiedyś uzależniony Jack?
- Że co?
- Chodzi mi o to, że kto jak kto, ale ty powinieneś wiedzieć zaczyna się od takich tabletek.




***



Jack zatrzymał samochód i poprawił czarne okulary. Wyjął opakowanie na tabletki. Otworzył je i zobaczył, że jest całkiem puste. Zaklął i wyrzucił je przez okno.
Wysiadł z samochodu, spojrzał na zegarek, po czym rozejrzał się do o koła. Jego wzrok padł na ciemnoskórego mężczyznę średniego wzrostu, ogolonego na łyso. Zaczął iść w jego stronę, nagle zatrzymał się i odwrócił. Spojrzał na puste opakowanie po lekach, po czym znowu zaklął i podszedł do murzyna.
- Masz to? – spytał nie pewnie.
- Mam mam bracie. – zaczął grzebać w kieszeni po czym wyciągnął małe czarne opakowanie – trzymaj.
Jack wziął do ręki.
- Ile?
- Stówka. - Jack spojrzał na jego usmiechniętą mordę.
- Ile? W aptece kosztuje dwadzieścia.
- To idź do apteki, może ci dadzą. - warknął, a jego uśmiech zniknął. Lekarz pogrzebał w kieszeni i wyjął dwa banknoty.
- Masz tutaj 70 dolców.
- Ej no koleś bądź sprawiedliwy...80
Wcisnął mu do ręki 10 dolarowy banknot i odszedł w stronę samochodu.
Pojechał do hotelu, odebrał klucz w recepcji i poszedł do pokoju. Zamknął go na klucz i usiadł na łóżku. Rozejrzał się do o koła. Jego wzrok spoczął przez chwilę na telefonie. Wyjął jedną tabletkę i ją połknął.
- Na zdrowie – zdążył mruknąć za nim stracił świadomość.



***


Podeszła do niego Claire z Sun. Wstał i odszedł. Nie chciał z nimi rozmawiać przy Benie.
- O co chodzi? – spytał
- Jack, czy nie powinniśmy iść na plażę? – spytała Sun.
- Nie, już słońce zachodzi. Za nim się wszyscy zbiorą to będzie ciemno. Poczekamy do rana i tam pójdziemy.
- Ale, tam jest Charlie. – powiedział Claire - musimy pójść do Charliego, Sayida i reszty bo...
- Jeżeli przybędzie ratunek. To zatrzyma on się na pewno na plaży. Więc nie martwcie się o Jina i Charliego. Jutro z samego rana do nich pójdziemy i wszyscy opuścimy tą wyspę. Wszyscy. Po za tym...
Nagle urwał. Usłyszał jakiś hałas, dochodzący od strony morza.
- Jack – usłyszał szept Kate – to ci ludzie.
I rzeczywiście od strony wody szła do nich pięcio osobowa grupa. Rozejrzał się i zobaczył ciało Naomi. Poczół się dość, głupio gdyż powinni się nim zająć odrazu, ale z powodu euforii całkowicie wszyscy zapomnieli o niej. Z pomocą jednego z rozbitków, zaniósł martwą kobietę pod drzewo i wyjął nóż Lock’a.
Ledwo to zrobili gdy obcy ludzie stanęli przed nim. Wszyscy mieli jednakowe ciemno-szare kostiumy. Ustawili się w równym szeregu. Do przodu wystąpił jeden z nich.
Jack podszedł do niego i podał mu rękę.
- Pan Shephard?
- Tak to ja.
Rozbitkowie stłoczyli się do o koła.
- Nazywam się Henry Adams. Jestem dowódcą delegacji.
- Delegacji... – powtórzył Jack niepewnie. – myślałem że nas stąd zabierzecie.
- I dobrze pan myślał – odparł szorstko. Głos miał nie przyjemny i pozbawiony emocji
- Jutro o tej godzinie będą państwo wchodzić na pokład naszego statku, ja mam jedynie zrobić spis ludzi.
Jack patrzył na niego. Spis ludzi? pomyślał. A po jaką cholerę? Spojrzał na Kate, która miała podobną minę jak on, a następnie na Bena który przypatrywał się mu z wyrazem nie dowierzania na twarzy.




***

Jack powiódł nieprzytomnym wzrokiem po pokoju. O cholera pomyślał, macając głowę. Podszedł do stolika i podniósł butelkę. Przechylił ją i przyłożył do ust. Nic nie poczuł. Przechylił butelkę do góry dnem, a na dywan pociekło kilka kropel.
Odrzucił krokiem i podszedł do lodówki. Wyjął wódkę i pociągnął jeden łyk.
Muszę tam wrócić. Nie mogę tu zostać.
Podjął decyzję, nie chciał tego robić ale nie miał wyboru. Podszedł do szafki i wziął telefon. Wystukał numer i czekał. Słyszał pikanie.
Nie odbiorą pomyślał za późno, trzeba było odraz...
- Kto mówi? – spytał ostry głos.
Dzięki Bogu.
- Shephard, mówi Jack Shephard.
- No no no. – powiedział głos, w którym można było wyczuć cień tryumfu – mówiłem, że pan zmądrzeje. Rozumiem, że pan zmienił zdanie, tak?
- Tak, zrobię to, tylko, tylko muszę tam wrócić.
Nastąpiła chwila ciszy.
- Rozumiem, że nikomu pan nic nie powiedział?
- Nie, oczywiście że nie.
- Hmm, no dobrze. Wie pan gdzie nas szukać.
Rozłączył się.
Jack powoli odłożył słuchawkę. Przez chwilę stał tak. Jak posąg. I poczół ogromną ulgę.
Nareszcie.


***

- Jak się pani nazywa?
- Claire Littleton – odpowiedziała nerwowo.
Nieznajomy właśnie kończył spis, zostało już tylko kilka osób. Podchodził do każdego rozbitka, z podkładką do norowania i zapisywał na nim notatki.
- I leciała pani feralnym lotem tak.?
Claire kiwnęła głową, patrząc na Jack’a jakby szukając wskazówki jak ma odpowiadać.
- A jak pani dziecko przeżyło katastrofę?
- Eee, Aaron urodził się na wyspie.
Człowiek był pierwszy raz zaskoczony.
- Urodziła się pani tutaj? Na TEJ wyspie?
- Tak – odpowiedziała lekko już znudzonym tonem.
- Hmm no dobrze – powiedział i coś zapisał. – może by pani poszła z synem na statek? To nie jest miejscem dla młodej matki.
- No nie wiem, a Charlie i... – rzuciła zrozpaczone spojrzenie Jack’owi.
- Przecież jutro się spotkacie, niech pani zbierze swoje...
- Claire wytrzymała tutaj ponad trzy miesiące, jeden dzień nie sprawi różnicy.
Mężczyzna posłał Jack’owi znienawidzone spojrzenie, ale może doszedł do wniosku, że jest zbyt wielu rozbitków by się sprzeczać.
Wtedy jego wzrok padł na ciało martwej kobiety.
Głośno zaczerpnął powietrza.
- Czy, czy to jest Naomi? - spytał?
- Eee niestety tak... - odparł zakłopotany Jack.
- Ale jak to się stało... - jego wzrok powędrował do Bena który był przywiązany pod drzewem.
- Czy to on to zrobił? - spytał kierując oskarżycielsko palec w stronę Bena.
- Nie - odpowiedział szybko Jack.
- To czemu jest przywiązany do drzewa?
Jack spojrzał na Bena, a w jego mózgu toczyła się zażarta walka. Jedna strona, której przewodniczyła duma chciała powiedzieć kim jest Ben i wyjawić wszystko co wiedzą o Innych, ale druga część zbyt bała się o rozbitków. Po co im te notatki? I dla czego chciał zabrać Claire. I mimo, że nie ufał Benowi i nie do końca mu wierzył, to nie chciał tak ryzykować…
- Jak on się nazywa?
- Boone Carlyle – wypalił Jack
Nie wiedział co go podkusiło, ale jak dojdą do tego że nie jest nim?
Kilka osób rzuciło mu zdziwione spojrzenie, ale większość ( w tym Kate ) jakby się z nim zgadzało.
- Naprawdę? Brat Shannon Rutherford?
- Przybrany. – odpowiedział Ben, a Jack dostrzegł chyba pierwszą dobrą stronę tego, że Inni mają takie dokładne informacje na ich temat.
- Hmm, naprawdę? – powiedział
- Tak – odpowiedział lekko wyzywającym tonem Ben.
- No dobrze – odpowiedział wyraźnie nieprzekonany - czemu jest przywiązany do drzewa?
- Ahh to - mruknął Jack. - To, to by...
- To była pomyłka - powiedziała głośno Kate występując do przodu - Nieporozumienie.
Podeszła do drzewa z nożem. Przyłożyła nóż do więzów. Zawachała się, ale trwało to nie więcej niż trwa uderzenie serca i już po tej chwili wprawnym ruchem przecięłą więzy.
Mężczyzna spojrzał na nich krzywo. Machnął ręką, a dwóch jego toważyszy zabrała ciało Naomi.
- Wrócimy tutaj jutro nad ranem.
Gdy odchodził miał jakiś dziwny uśmiech na twarzy.


Minkowski spojrzał na dwa oddalające się helikoptery. Odwrócił się i podszedł do drzwi, które same się przed nim otworzyły. Wszedł do środka. Musiał zmrużyć oczy, aby przyzwyczaić wzrok do ciemności i migającego czerwonego światła. Po drodze mijał różnych pracowników. Wyczuwało się wyraźne podekscytowanie. Podszedł do jednego z mężczyzn przy komputerach. Ten mu zasalutował. Odpowiedział tym samym.
- Jakieś nowe rozkazy? – spytał Minkowskiego.
- Tak – odpowiedział – proszę zameldować, że zwiad wyleciał.
- Tak jest.
Minkowski szedł dalej. Doszedł do jednego z korytarzy zamkniętych specjalnymi drzwiami. Wstukał kod i skręcił w jeden z korytarzy.
Zatrzymał się przed drzwiami, przed którymi stało dwóch żołnierzy.
- Zaczął mówić? – spytał.
- Nie proszę pana – odpowiedział jeden.
- Mówiliście mu coś o chłopaku.
- Oczywiście, że nie – odpowiedział drugi.
- Dobrze. Wpuście mnie. Pogadam z nim.
Drzwi otworzyły się, a on wszedł do środka. W dość ubogo wystrojonym pokoju siedział czarnoskóry mężczyzna. Wyglądał jak by od wielu dni nie spał. Ubranie miał postrzępione. Na widok Minkowskiego od razu poderwał się.
- Gdzie jest mój syn?! – krzyknął
Minkowski uśmiechnął się.
- Gdzie jest Walt?!
Minkowski uśmiechnął się paskudnie.
- Witaj Michael.


LOST
 
 
 
Morgoth 
Ben


Dołączył: 27 Gru 2007
Posty: 1641
Wysłany: 2008-01-16, 21:39   

Wiesz co ci powiem <?>
TO JEST GENIALNE <!> <!> <!>
jak to czytalem to mialem to wszystko przed oczyma jakby to mialo sie wydarzyc...
ale spytales sie o to czy to dobre miejsce... :D powinienes to umiescic w dziale Twórczosc własna xD swietne... jezeli ty to pisales to zamawiam cały sezon :D :D :D :D :D :D :D :D :D
_________________
 
 
Narion 
Zagubiony

Dołączył: 16 Sty 2008
Posty: 10
Wysłany: 2008-01-16, 22:08   

Ciesze się że się podoba xD
Mam napisane jak narazie ponad 10 odcinków, jeżeli się spodoba, to zamieszczę cały sezon.
Co do miejsca o wolałem tu umieścić, by było bardziej widoczne.
Hutro zamieszczę 2 odcinek.
Pozdro.

Ps. Jeżeli ktoś ma jakieś pytania do ficka, to pisać na gg, lub na PW, lub tutaj :P
 
 
 
Morgoth 
Ben


Dołączył: 27 Gru 2007
Posty: 1641
Wysłany: 2008-01-17, 10:58   

ale dawaj te odcinki pojedyńczo, tak żeby apetyt był większy :D , tak z jeden odcinek dziennie :D
_________________
 
 
niunia 
Charlie


Wiek: 16
Dołączyła: 26 Gru 2007
Posty: 233
Skąd: z Krainy marzeń..
Wysłany: 2008-01-17, 16:39   

ja zaraz zacznę czytać..
a moim zdaniem to by idealnie pasowało do tematu "Twórczość własna"
_________________
-Because I love you..

Jack&Kate <33
 
 
 
Narion 
Zagubiony

Dołączył: 16 Sty 2008
Posty: 10
Wysłany: 2008-01-17, 17:30   

A o to drugi odcinek, pozdro. Napiszcie co o nich sądzicie.
Pozdro.

LOST-Zagubieni


Odc.2 Ambush - Zasadzka.



Trzy helikoptery wylądowały. Śmigła powoli przestały się obracać. Z każdego wypadło po pięciu ludzi. Każdy miał karabin przy boku, naszykowany do natychmiastowego strzału.
Po woli z jednego helikoptera wyszedł jakiś wysoki mężczyzna. Rozejrzał się znudzonym wzrokiem po okolicy. Wyciągnął telefon i wcisnął kilka przycisków. Machnął na jednego z żołnierzy. Ten przyłożył rękę do słuchawki w uch, przez chwilę stał bez ruchu, a potem wychrypiał do wysokiego.
- Są na południe stąd. O ile tutaj jest coś takiego jak południe.
Wysoki kiwnął głową na znak, że zrozumiał.
Nagle telefon za pikał. Przyłożył go do ucha i powiedział kilka nie zrozumiałych słów.
- Jakie rozkazy? – zapytał ten ze słuchawką.
- Wiecie jakie. – odpowiedział a na jego twarzy pojawił się obleśny uśmiech.
- Czas zastawić zasadzkę.



LOST



To nie jest łódka Penny.
Desmond jeszcze raz uderzył gaśnicą w szybę. Ale szkło nie pękło. Patrzył bezczynnie jak Charlie odbija się od szyby i robi znak krzyża.
- Nie - krzyknął.
Ale mógł jedynie patrzeć jak życie uchodzi powoli z ciała.
Szybko odbiegł od okna w stronę skafandrów. W wojsku mieli dwutygodniowe zajęcia z nurkowania, ale połowę z nich przespał i umiał jedynie założyć maskę i butlę z tlenem.
Szybko wskoczył do wody. Poczuł jak lodowata woda przenika go całego. Włączył butlę z tlenem i już po chwili doszedł do niego dopływ świeżego powietrza. Opłynął „Zwierciadło” i popłynął w stronę rozwalonego okna.
Zauważył szczątkowe ciało Mikhaila, jedna ręka oderwana od reszty ciała jeszcze drgała. Odwrócił wzrok czując, że robi mu się niedobrze.
Z trudem przecisnął się przez dziurę zrobioną przez granat i złapał Charliego, po czym obaj wypłynęli. Desmond spojrzał tęsknie na komputer, na którym jeszcze 2 minuty temu widział Penny, ale wiedział, że wybuch i woda zniszczyły go. Ale mimo to miał nadzieję, że znów zobaczy na niej tą ukochaną twarz.
Nie wrócił się jednak. Płynął cały czas w górę, czując jak powietrze w butli powoli się kończy. Spojrzał na licznik.
Cholera pomyślał Wziąłem prawie pusty zbiornik.
Nagle poczuł jak jego głowa przebija taflę wody.
Rozejrzał się do o koła. Ciało Charliego unosiło się dwa metry od niego.
Podpłynął do niego i chwycił go za ręce.
Rzucił jeszcze jedno tęskne spojrzenie i wypłynął z pomieszczenia.
Machał rozpaczliwie nogami czując jak dodatkowy ciężar go spowalnia. Nagle poczuł, że nie może oddychać. Jednym szarpnięciem zerwał maskę i płynął dalej. Powoli dopadała go panika. Jedną ręką trzymał Charliego, a drugą machał próbując się wydostać.
Lodowata toń wdzierała mu się do płuc…
A przecież światło było już tak blisko…
Wydawało mu się, że każda z kończyn waży kilka ton…
Nie mógł się ruszać…
I nagle poczuł jak jego głowa przebija lodowatą toń. Głośno zaczerpnął powietrza, rozkoszując się tą na nowo odzyskaną umiejętnością.
I wtedy przypomniał sobie po co tu przybył. A chociaż ręce i nogi miał jak z ołowiu to się nie poddawał, płynął dalej.
I w końcu dopłynął. Wyczołgał się na plażę i rzucił ciało towarzysza.
Ależ jest zmęczony. Gdyby się tak po prostu położyć i zapomnieć o wszystkim. Po prostu rzucić się na gorący piasek i spać. Ale zmusił się do odwrócenia ciał Charliego i rozpoczęcia akcji reanimacyjnej.
Tak jak był uczony w wojsku.


***


- No dalej Hume! - usłyszał krzyk instruktora nad uchem.
- Jeżeli tak będziesz ratować komuś życie to jedynie przyspieszysz mu śmierć.
Desmond podniósł głowę. Był na zajęciach z udzielania pierwszej pomocy. Był to wymóg. Trenował teraz na manekinie. Miał on podłączone kable i różne urządzenia, które symulowały pracę narządów.
Nagle rozległ się długi i przeciągły pisk. Instruktor odczekał 20 sekund, aby dać mu szansę przywrócenia akcji serca. Ale po upływie czasu nadal było słychać jedynie pisk.
- Gratulacje, Hume. Właśnie zabiłeś człowieka.

***

- No dalej. - Desmond uderzył w miejsce gdzie znajduje się serce.
- No dalej Charlie, nie poddawaj się.
Cały czas uderzał, nie dopuszczając do siebie myśli, że Charlie za długo przebywał pod wodą aby móc go odratować. Ale nie miał zamiaru się poddawać. Nie w tym życiu.
- Nie uratujesz go. – Desmond rozejrzał się zaskoczony.
Jakieś dziesięć metrów przed nim stała niska starsza kobieta. Desmond spojrzał na nią.
- Znam cię. – powiedział
Ta spojrzała na niego uśmiechnęła się smutno.
- Nie chciałaś mi sprzedać wtedy pierścionka. – powiedział wstając
- Powiedziałaś mi o tej wyspie Powiedziałaś że się rozbiję. Kim jesteś?
- Chyba nie oczekujesz, że odpowiem na to pytanie? W każdym razie, chciałam ci powiedzieć, że go nie uratujesz.
- Nie mów mi, czego nie mogę zrobić! - warknął.
Znowu się pochylił nad przyjacielem i zaczął reanimację.
- Jak sobie życzysz, myślałam jedynie, że może powinieneś ostrzec swoich przyjaciół?
Nie wiedząc co robi oderwał wzrok od Charliego i spojrzał na nią
- Przed czym?
- Ten chłopak – wskazała głową na niego - chyba przekazał ci wiadomość. Skoro to nie Penny tutaj płynie, to kto?


Claire otworzyła oczy i rozejrzał się do o koła. Sun stała nie daleko bawiąc się z Aaronem. Nie co dalej leżał przywiązany do drzewa Ben.
Zaraz po odpłynięciu delegacji związali go ponownie.
Nagle coś przykuło jej uwagę. Na skraju lasu stał Charlie.
Nareszcie przemknęło jej przez głowę.
Natychmiast poderwała się i pobiegła w tamtą stronę.
W miejscu gdzie stał rosły strasznie gęste krzaki. Gdy się w końcu przez przedarła, zobaczyła Charliego. Był cały mokry i siny. Nie, nie siny. Tylko biały.
- Nic ci nie jest? – spytała niepewnie.
- Mih tcetorp tsum uoy.
- Co? Charlie nic nie rozumiem.
Patrzyła na niego.
- Co ci się stało? Gdzie jest Desmond?
- Musisz go ochraniać Claire, musisz go chronić. Chroń Aarona. Oni go chcą. On nie może opuścić tej wyspy.
- Ale Charlie… co ci jest?
Podszedł do niej i chwycił ją za rękę. Próbowała się wyrwać, ale nie mogła.
- Oni już po niego idą. Claire!
Poczuła przeraźliwe zimno i… strach.
Nagle się obudziła. To był tak realny sen. Spojrzała w bok, Sun wciąż bawiła się z dzieckiem. Claire spojrzała w stronę miejsca gdzie śnił jej się Charlie i zobaczyła tam ruch.
Poderwała się i pobiegła tam. Po kilku krokach dostała zadyszki, ale biegła dalej. Sama nie wiedziała dla czego. Szybko odgarnęła krzaki. W końcu się przedarła, ale nie zobaczyła tam Charliego takiego jak we śnie.
Zobaczyła Desmonda… z jego ciałem na plecach.
- Claire? – powiedział nie pewnie
Zemdlała.


***


Wciskanie tego klawisza, będzie jedną wielką rzeczą jaką zrobisz w życiu. Nie możesz się z nią ożenić. Bo wszyscy zginiemy.
Desmond zwolnił i zjechał na pobocze. Wyłączył silnik i oparł głowę o kierownicę. Już nie wiedział czy to co usłyszał od tej kobiety to była prawda czy sen. Teraz sam się sobie dziwił czemu nie zawróci, nie kupi pierwszego pierścionka z brzegu i nie da go jej mając nadzieję, że mu wybaczy.
Od wczoraj Penny nagrała mu się na komórce 6 razy. I nagle podjął decyzję. Co go obchodzi świat i wciskanie jakiegoś przycisku? On chce się ożenić i zrobi to.
Odpalił silnik i już miał zawrócić, gdy nagle w radiu usłyszał.
- Rekordowa wygrana! Nie jaki Hugo Reyes wygrał w ostatnim losowaniu 114 milionów dolarów. Ten facet to miał szczęście. Wytypował liczby: 4 8 15 - Desmond nagle zaczął słuchać uważniej - 16 23 i dodatkowa 42.
Desmond wyłączył radio i samochód.
Patrzył się oniemiały w jezdnie przez nim.
Co mam w końcu zrobić?
Z zamyśleń wyrwało go pukanie do okna. Przed szybą stała młoda latynoska w mundurze policjantki.
Jeszcze tylko policji tu brakowało. Pomyślał.
Odkręcił okno. Na mundurze był napis. Anna-Lucia Cortez.
- Co się stało? - zapytał zmęczonym głosem.
- Przykro mi, proszę pana. Ale tu nie można parkować. Poproszę prawo jazdy.
- Jasne, przepraszam - mruknął.
- Dobra, Anna wypisz mu mandat i spadamy. - krzyknął jej partner z samochodu.
- Wyluzuj Big Mike - odkrzyknęła.
- Jest pan Szkotem, tak?
- Taa
- Ale mieszka pan w Stanach?
- Na to wygląda.
Przyglądała mu się przez chwilę.
- Dobra panie Hume. Nie będę wypisywać za coś takiego mandatu, ale proszę odjechać.
- Dzięki.
- Ej Anna jest jakieś włamanie, wzywają nas.
Desmond odebrał dokumenty i włączył silnik.
Odjechał, ale nie do Penny.

***

Jack przetarł czoło.
- Czyli mówisz, że ci ludzie. Ci, co tu płyną. To nie są ci od twojej dziewczyny. Mówisz, że Naomi kłamała?
- Zgadza się bracie. Mówię też, że jeżeli zostaniemy tutaj jeszcze kilka godzin, to nie przeżyjemy.
Jack patrzył na niego przez chwilę. Byli w wieży radiowej.
- I mówisz, że Charlie utonął podczas waszej wyprawy.
Desmond westchnął i pokiwał głową.
- Czy ktoś o tym wie?
- Tylko ja wy dwoje - wskazał na Jacka i Kate - oraz Claire. Dla tego zemdlała.
- Biedna Claire - mruknęła Kate.
Jack spojrzał na Claire, która leżała obok nich z okładem na czole.
- Nikt się nie może o tym dowiedzieć. Jeżeli ludzie o tym usłyszą wpadną jedynie w panikę.
- Ale jeżeli mamy uciekać przed tymi ludźmi, to wszyscy muszą się dowiedzieć dlaczego.
- Nie uciekamy przed nikim Kate. Na razie pójdziemy do jaskiń. Na wszelki wypadek. A o Charliem nikomu ani słowa. Nikt nie Może się o tym dowiedzieć. Desmond. My dwaj pójdziemy pochować go. Z dala od reszty obozu.


Dojście do miejsca, w którym zostawił Charliego zajęło im 5 minut. Już podczas drogi Desmond wyczuł, że coś jest nie tak. Nie było żadnych śladów. Ani jego ani Claire.
Gdy doszli do miejsca gdzie zostawił ciało, aby móc zanieść Claire, okazało się, że ciała nigdzie nie ma. Nie ma też żadnych śladów, że było wleczone, nie było nawet śladu po ciele. Jedynie mokra plama.
- Może to jakiś ptak, go zabrał - mruknął Jack.
- I nie zostawił żadnych śladów, ciało też nie zostawiło wgłębienia, ani moje stopy? Zresztą to musiałby być chyba jakiś pterodaktyl a nie ptak, aby unieść go, bracie.
Jack przetarł głowę.
- Dobra powiemy Kate i Claire że go zakopaliśmy. Reszcie nie będziemy nic mówić.
- W końcu to i tak się wyda. Lepiej, aby wszyscy naraz się dowiedzieli. Niż krążyły plotki.
- Dobrze - westchnął Jack - powiem o jego śmierci i o tym, że wszyscy musimy stąd iść, jak wrócimy do obozu.
- Jeszcze jedna sprawa bracie. Ten Ben co z nim zrobimy.
- A co mamy robić? Jest naszą jedyną kartą przetargową z Tamtymi.


W ciemnym pomieszczeniu mężczyzna dopalał papierosa i przeglądał jakieś akta. Nagle otwierają się drzwi. Wchodzi innym mężczyzna. Salutuje i kładzie teczkę na biurku poczym wychodzi. Tajemniczy mężczyzna przegląda papiery. Po chwili odzywa się krótkofalówka.
- Panie Minkowski. Halo
- Jestem - odpowiada.
- Znaleźliśmy ich. Są nie daleko nas. Jest ich nie wielu.
Mężczyzna wydmuchał dym, odstawił papierosa.
- Wiecie, co macie robić. Złapcie ich. Możecie ich postrzelić, byle nie groźnie. Po czym zabierzcie ich do Wilka. Beta już pracuje nad mniejszą grupą. Za dwa trzy dni sam tam się zjawię.
- Zrozumiałem, ale mam pewne informację. Wśród tych rozbitków jest jeden z tych ludzi, co tu żyją.
- Co? Jak to możliwe?
- Nie mam pojęcia. Jego też mamy porwać czy zabić.
- Porwać. Ale jeżeli będzie próbować uciec. Wiesz, co robić.



Jack spojrzał po kilkudziesięciu twarzach ludzi znajdujących się przed nim. Westchnął, ale ktoś musi to powiedzieć.
- Jak wszyscy wiecie. Desmond i Charlie wyruszyli do podwodnej stacji, aby wyłączyć blokujący sygnał. Tak abyśmy mogli wezwać pomoc. Niestety jeden z tamtych dowiedział się o tym. I chciał przeszkodzić im w ich misji. Charlie On... On nawiązał kontakt z jakąś osobą i wezwał dla nas pomoc. Dowiedział się też, że Naomi okłamała nas. - Jack spojrzał, na Bena, który leżał oparty o drzewo słuchając go.
- Nie wiemy kim są ludzie którzy do nas płyną. Ale nie jest bezpiecznie zostawać tutaj. Bo skoro Naomi kłamała w jednej sprawie, to mogła też kłamać w innych. Dla tego wszyscy przeniesiemy się powrotem na jakiś czas do jaskiń. Gdy oni wylądują tu to pójdziemy do nich zobaczyć czy naprawdę mogą nas uratować. Ale teraz musimy znaleźć Juliet, Jina, Bernarda, Sayida, Huga i Sawyera.
- A co z Charliem? - ktoś krzyknął.
Jack westchnął.
- Niestety gdy Charlie dowiedział się tego wszystkiego o Naomi dopadł go jeden z tamtych. Wysadził się granatem przez co cała stacja by zatonęła razem z Desmondem i wiadomością o tym kto tu płynie, gdyby Charlie nie zamknął się w jednej z kajut i tym samym nie zatrzymał wody. Niestety utonął. Ale nie zginął na darmo. Razem z Desmondem już go pochowaliśmy, więc nie ma sensu - żeby tu dłużej zostawać. Mam też do was prośbę abyście teraz pomagali Claire, będą to dla niej szczególnie ciężkie dni - Jack spojrzał na nieprzytomną dziewczynę leżącą pod drzewem.
Ludzie zaczęli się rozchodzić szepcząc między sobą.
- Nieźle sobie poradziłeś, Jack - Ben patrzył wprost na niego.
- Ale co później? Gdy tamci odkryją gdzie są jaskinie to gdzie się ukryjecie?
- A co ty proponujesz? Was też znajdą.
- Proponuję abyś mnie wypuścił i powiedział swoim ludziom, że na tej całej wyspie jest tylko jedno bezpieczne miejsce. I proponuję abyście ze mną tam poszli.
Jack uśmiechnął się.
- Myślisz że ktoś ci zaufa? Myślisz że po tym wszystkich co robiłeś...
- A co ja takiego robiłem, Jack?
- Jak to co? Czy ty? Czy ty wiesz co przez ciebie przeżyliśmy?
- No co?
Jackowi przez chwilę zabrakło słów, aby odpowiedzieć.
- Jak to co? Kazałeś porwać Claire. Przez ciebie Michael zabił dwie kobiety, porwałeś mnie, Kate i Sawyera.
- Wiesz czemu kazałem was porwać Jack.
- Tak, chciałeś bym ocalił ci życie, a w zamian
- W zamian mieliśmy cię puścić do domu.
Jack prychnął pogardliwie.
- To nie moje wina, że John zniszczył łódź.
Jack ponownie prychnął i się odwrócił.
- A tak w ogóle to gdzie on teraz jest?
- Bóg raczy wiedzieć. – odpowiedział Ben


John przedarł się przez krzaki, biegnąc przez dżunglę. Już dawno dostał zadyszki, ale się nie zatrzymał.
Boże, jak on mógł do tego dopuścić?
Biegł dalej. Nagle nie wiadomo skąd wyrósł korzeń. Poczuł jak traci panowanie, a chwilę później leżał rozciągnięty na ziemi.
Leżał przez chwilę słuchając własnego oddechu.
Jak ma z nim porozmawiać?
A może powinien pójść do Jacoba? Natychmiast odrzucił tę myśl. O nie. Za nic na świecie tam nie pójdzie.
- Walt! Walt!!! – krzyknął
- Za późno – powiedział łamiącym się głosem – nie udało mi się.
Usłyszał jakiś hałas, szybko odwrócił się na plecy.
Przed nim stała kobieta. Dobrze mu znana kobieta…
- Helen – powiedział niepewnie
- Wstań, John – powoli się podniósł.
- Wiesz gdzie masz iść – powiedziała dotykając jego ręki.
- Idź do świątyni, wiesz gdzie to jest. W końcu – uśmiechnęła się lekko – w końcu jesteś myśliwym.


Desmond podszedł Jacka.
- Musimy wyruszyć natychmiast.
- Tak wiem, ale Claire. Nie doszła jeszcze do siebie.
- Możemy zrobić nosze, albo coś. Zrozum Jack. Jeżeli nie wyruszymy natychmiast to możemy już nie mieć takiej drugiej szansy.
Jack rozejrzał się po wszystkich.
- Dobrze, ale zanim będziemy gotowi do wymarszu upłynie co najmniej z pół godziny.
Desmond pokiwał głową.
- Pójdę więc przodem, aby sprawdzić teren.
- Nie powinieneś iść sam…
- Wiem, Rousseau już się zgodziła.
Jack uśmiechnął się i rozejrzał do o koła.
Ludzie chodzili pod denerwowani i szeptali między sobą.
- Zaraz zadzwonię do Sayida aby szli w stronę jaskiń.
- Jest z nimi Hugo, prawda?
- Tak
- Lepiej nie mów im o Charliem do póki się nie spotkamy.
Jack spojrzał na niego i pokiwał głową.
Desmond wstał. Poprawił karabin na ramieniu i zwrócił się do Rousseau.
- Czas na nas.
Rousseau pocałował Alex wpoliczek i odwróciła się do Desmonda. I razem ruszyli w mroczną puszczę.


- No, no grubasku podrzuć trochę drzewa do ognia bo czuje, że robi się tu powoli „Przystanek Alaska”
Hugo spojrzał z wyrzutem na Sawyera.
Siedzieli w szóstkę do o koło ogniska.
- No nie wiem, czy to dobrze robić taki duży ogień.
- A czego się boisz? – spytał Sawyer – że wpadnie tutaj banda ekologów i wlepi ci mandat za zaprószenie ognia?
Hugo nic nie odpowiedział, ale dorzucił kilka kawałków drewna.
Sayid przetarł ręce i przysunął się bliżej ognia.
Nagle rozległ się dźwięk krótkofalówki.
Arab podniósł ją.
- Tak?
- Zmiana planów, musicie iść do jaskiń.
- Co ale czemu? Czy coś…
- Później ci wyjaśnię, nie ma czasu.
Sayid milczał przez chwilę.
- Dobrze, zaraz wyruszymy.
- I Sayid, eee mógłbyś mi dać na chwilę Juliet?
Przez twarz muzułmanina przebiegł mały uśmiech.
- Oczywiście Jack.. – spojrzał na Juliet, która siedziała obok niego – do ciebie.
Lekko zdziwiona, ale i zadowolona podniosła słuchawkę. Przez chwilę siedziała w milczeniu z małym uśmiechem na twarzy.
W końcu otworzyła usta by coś powiedzieć, ale wtedy spojrzała na swoich towarzyszy, którzy przyglądali im się z ciekawością.
- Poczekaj chwilę - powiedziała do słuchawki.
Wstała i odeszła od ogniska.
Sawyer uśmiechnął się złośliwie.
- Kto by pomyślał, że to taka poważna sprawa.
Po dwóch minutach Juliet wróciła, z lekko różowymi policzkami.
Przez chwilę siedzieli cicho, poczym Sayid przypomniał sobie po co Jack do niego dzwonił. Wstał.
- Musimy iść. – powiedział. Wszystkie głowy zwróciły w jego stronę.
- A to niby czemu – spytał Sawyer.
- Jack powiedział…
- Ach tak, skoro święty Jack powiedział, że idziemy to wszyscy nagle mamy wstać i maszerować. W nocy. Po TEJ dżungli.
- Chyba nie obleciał cię strach – spytał podejrzanie grzecznie Sayid.
Sawyer zaczął się podnosić. Stanął naprzeciw Sayida.
- Posłuchaj panie Super-Arab-Man. Nie wiem jak to jest u was w Irakach i innych…
- Ci
- Że co – warknął Sawyer.
- Bądź przez chwilę cicho, wydawało mi się, że słyszałem…
Nie, nie wydawało mi się – pomyślał. Był pewny. Jest pewny, że coś jest nie tak.
Nagle usłyszał jakiś szmer. Obejrzał się. Jin poderwał się z miejsca wpatrując się w zupełnie inną stronę, Sawyer też się gapił, ale też w inną stronę.
W tej samej chwili ogień zgasł. Jedynym światłem były teraz gwiazdy. Ale i one zgasły kiedy ktoś uderzył go czymś ciężkim w tył głowy, a następnie naciągnął worek na głowę.




LOST









LOST-Zagubieni
 
 
 
Morgoth 
Ben


Dołączył: 27 Gru 2007
Posty: 1641
Wysłany: 2008-01-17, 19:28   

jestes swietny!!! zupelnie jakbym ogladal PRAWDZIWYCH lostow ^^
czy ty przypadkiem nie piszesz im scenariuszy ? :P

nie moge sie doczekac az bedzie odcinek z potworem :D , moze wlasnie ten czarmy dym uratuje rozbitkow przed "najeźdźcami" :D


nareszcie Dusq zrobił porządek z umiejscowieniem tego tematu xD
_________________
 
 
Narion 
Zagubiony

Dołączył: 16 Sty 2008
Posty: 10
Wysłany: 2008-01-17, 19:57   

Ciesze się, że się podoba. xD
Jutro kolejny odcinek.
Pierwszy raz będą retro/futuro pewnej postaci.
 
 
 
powerr 
Kate


Wiek: 25
Dołączył: 26 Gru 2007
Posty: 301
Wysłany: 2008-01-17, 21:21   

zajefajne te odcinki :!: :!: :!:

Brawo Narion
_________________
 
 
Morgoth 
Ben


Dołączył: 27 Gru 2007
Posty: 1641
Wysłany: 2008-01-17, 22:16   

znalazlem tylko dwie wady twoich cudeniek...
za krotkie i za duzo sie dzieje :D :D :D :D :D nie to co w LOSTach :P akcja co 10 odcinkow a odcinek 40 minut... a tu odcinek 10minut akcja 10 minut na odcinek
bravo bravo... :D
ale mamy szczescie ze do nas trafiłeś :P
_________________
 
 
Morgoth 
Ben


Dołączył: 27 Gru 2007
Posty: 1641
Wysłany: 2008-01-18, 15:07   

Narion..... jestem głodny.... głodny kolejnej dawki twoich cudeniek... a i nie zapowiadaj co sie bedzie dzialo next in LOST :P psuje czesc efektu :P
_________________
 
 
Narion 
Zagubiony

Dołączył: 16 Sty 2008
Posty: 10
Wysłany: 2008-01-18, 15:51   

Proszę bardzo ;P

Odc.3 All life allone. - Całe życie samotna.







Do o koła panowała ciemność. Nie – pomyślał – nie do o koła. Sayid potrząsnął głową. Na samej górze worka była mała dziurka przez którą wpadała wąska struga światła.
Na rękach miał kajdanki. Stanowczo za duże kajdanki. Najpierw wyjął lewą rękę. Z prawą nie było tak łatwo. Pociągnął, ale ręka nie chciała wyjść. Zacisnął zęby i powoli dłoń zaczęła się wysuwać.
W końcu udało mu się. Siedział przez chwilę cicho, oddychając głośno. Odkąd zostali zaatakowani minęło z 15 minut, a oni nie ruszyli się nawet o metr. Najwyraźniej na coś czekali. Wcale go to nie pocieszyło.
Nachylił głowę. Przez małą dziurkę zobaczył dwóch ludzi. Obydwaj byli odwróceni do niego plecami.
Raz kozie śmierć. – przemknęło mu przez głowę.
Szybkim ruchem ręki zdjął kaptur. Gotów do ataku, poderwał się na równe nogi. Mięśnie natychmiast zaprotestowały. Rozejrzał się. Dwaj żołnierze nadal na niego nie patrzyli. Oprócz nich było jeszcze z dziesięciu, ale wszyscy spali. Podszedł do najbliższego jeńca. Zdjął mu kaptur, okazało się, że to Jin. Obok niego był Sawyer. Jemu też zdjął kaptur. Zauważył, że obydwaj mają założone kajdanki.
Nagle pod jego stopą pękła gałązka. Jeden z mężczyzn obejrzał się i zamarł, z otwartymi ustami. Sayid zareagował instynktownie. Po prostu rzucił się na ziemie, a w miejscu gdzie chwilę temu stał, była dziura po kuli.
Ludzie do o koła zaczęli się budzić. Jin rzucił się na leżącego najbliżej, krzycząc coś nie wyraźnie. Nagle Sayid poczuł jakiś ostry piekący ból, spojrzał w bok. Po brzuchu prześlizgnęła mu się kula, a bluzka zaczęła szybko zmieniać kolor z szarej na czerwono-czarną. Jeden z żołnierzy, który do niego mierzył, uśmiechnął się paskudnie. Podniósł pistolet i wymierzył w niego.
Sayid zamarł z półotwartymi ustami. Nagle z boku pojawił się Sawyer, który staranował napastnika. Obydwaj upadli na ziemię. Sawyer miał skrępowane ręce i nie mógł się podnieść. Udało mu się jedynie spojrzeć w bok na Sayida i wrzasnąć.
- Uciekaj do jasnej cholery!!!
Nie zastawiał się ani sekundy dłużej. Odwrócił się do nich plecami i biegł. Biegł jak jeszcze nigdy w życiu.
Za sobą, jeszcze długo słyszał krzyki bólu.




LOST



***

Wspięła się po schodach. Na wprost niej były wielkie czarne drzwi. Nacisnęła klamkę i weszła do środka. Za nią weszły jeszcze trzy osoby. Trzech mężczyzna. W tym jej mąż.
Podeszli do recepcji.
Niska starsza kobieta, zwróciła na nich swoje władcze spojrzenie i spytała.
- W jakiej sprawie?
- Mieliśmy się skontaktować panem Widmore. – odpowiedział jej mąż.
- Ale w jakiej sprawie? – powtórzyła pytanie.
- W sprawie dofinansowania – odpowiedział kącikiem ust.
Wargi recepcjonistki wygięły się pogardliwie.
- Oczywiście – podniosła słuchawkę i przez chwilę słuchała w milczeniu.
- Pan Widmore oczekuje państwa. 4 piętro
Wskazała na windę.
Weszli do środka. Spojrzała w lustro i lekko poprawiła włosy.
- Robert popraw krawat – powiedziała do męża – a ty René mógłbyś przygładzić to coś co nazywasz włosami.
Usłyszała jego zgryźliwą odpowiedź.
Drzwi windy otworzyły się. Wyszli i skierowali się do biura. Stanęła przed drzwiami z platynową wywieszką na drzwiach „Charles Widmore”.
Spojrzała na męża a ten zachęcająco skinął głową. Wzięła głęboki oddech, zapukała i otworzyła drzwi. W środku siedział mężczyzna koło czterdziestki. Przywitali się i zaczęli rozmowę. Wszystkie dokumenty, które leżały na stole zostały dostarczone oczywiście wiele dni wcześniej.
- A więc – powiedział pan Widmore – oczekują państwo, że wesprę was w tej wyprawie naukowej zarówno środkami finansowymi jak i moimi kontaktami – przy wymawianiu ostatnich dwóch słów, uśmiechnął się lekko.
- Tak, w zamian za osiągnięcia naukowe i odkrycia jakich dokonamy.
Przez chwilę siedział cicho poczym powiedział.
- Dobrze kiedy państwo chcą wyruszyć?
Na twarzach zebranych pojawiły się uśmiechy ulgi.
- Im wcześniej tym lepiej – powiedział Robert.
- Doskonale, za tydzień statek będzie gotowy do podróży, mam nadzieję, że wy również.
- Oczywiście.
Już zbierali się do odejścia gdy zobaczyła zdjęcie jakiejś nastolatki na biurku.
- Ładna dziewczyna – powiedziała.
Widmore uśmiechnął się lekko.
- Pewnie, że ładna, w końcu to moja córka – Penny. – spojrzał na nią
- Życzę powodzenia w wyprawie. – powiedział.
- Dziękuję – odpowiedziała Danielle Rousseau




***



- Daleko jeszcze? – spytał Desmond.
- Nie wiem, byłam tutaj tylko raz w życiu. I to w dodatku bardzo dawno temu.
Szli od kilku godzin. Zapasy wody już dawno się skończyły, a to że od dwóch godzin bez przerwy padał deszcz, a oni szli w prawie całkowitej ciemności, wcale im nie pomagało.
Desmond poczuł jak nagle jego stopa zahacza o jakiś korzeń, a następnie ląduje twarzą w błocie. Usłyszał też dźwięk, który mógł świadczyć jedynie o tym, że w jego plecaku nagle zrobiła się wielka dziura. Zaklął podniósł się. Przetarł twarz i spojrzał na porozsypywane rzeczy. Zaklął ponownie. Rousseau uklękła obok i zaczęła mu pomagać w pakowaniu się. Szkot właśnie wrzucał rozwaloną latarkę do środka równie rozwalonego plecaka gdy zobaczył, że jego towarzyszka zastygła w bezruchu.
- Co się stało? –spytał.
- To zdjęcie, kto na nim jest.
Dopiero teraz zorientował się, że trzyma w rękach zdjęcie jego i Penny.
- Moja dziewczyna – powiedział – moja była dziewczyna – poprawił się.
Spojrzał na nią.
- Znasz ją – spytał
Przez chwilę siedziała cicho.
- Nie – odpowiedziała – nigdy jej nie widziałam.


Sawyer rozejrzał się do o koło.
Świetnie, po prostu doskonale – pomyślał.
Był w jakimś pokoju. Obskurnym, brudnym i śmierdzącym pokoju. Bez mebli i okien. Były tylko drzwi. Obok niego byli Jin, Hugo, Bernard i Juliet.
Wszyscy związani. Gdyby mógł rozciąć więzy. Pokazał by tym draniom kim jest.
Jin mamrotał coś do siebie przez sen.
Na drzwiach było jakieś logo. Podobne do tych, które ma Dharma. Nie mógł zobaczyć co było na nim dokładnie, gdyż prawie nie było światła.


- Co zrobisz? - spytał Desmond
- Słucham?
- Co zrobisz – powtórzył – zostaniesz z nami? Czy wrócisz do swojej kryjówki?
- Wrócę
Przez chwilę szli w milczeniu.
- Dlaczego?
- To nie jest mój dom. Mój dom jest w dżungli.
- Raczej w samotności. Wiesz nie rozum… Sayid
Dziesięć metrów od nich leżał Sayid. Był półprzytomny. Szybko podbiegli do niego.
- Danielle – powiedział do Rousseau
- Co się stało?
- Oni, oni porwali, porwali wszystkich. Sawyer mówił abym uciekał.
Zemdlał. Desmond rozerwał mu koszulę i sprawdził ranę.
- To tylko draśnięcie, zemdlał chyba z wyczerpania i szoku.
Danelle wstała i rozejrzała się.
- Jesteśmy na miejscu – powiedziała Rousseau.
- Że co?
- Jesteśmy już w Jaskiniach.



***

Hałas był nie do zniesienia. Od ponad pięciu godzin trwał sztorm. Danielle jeszcze nigdy nie uczestniczyła w czymś takim. Bała się. Pierwszy raz od bardzo dawna, naprawdę się bała.
Jakieś dwie godziny temu Robert wyłapał sygnał, który nadawał sygnał. Wciąż te same liczby. 4 8 15 16 23 42. René powiedział, że taki miał być sygnał który doprowadzi ich na miejsce badań. Nie dostali dokładnych współrzędnych więc zmienili kurs i popłynęli w tamtą stronę. Teraz miała wątpliwości. Czy dobrze zrobili?
Nagle usłyszała potężny huk. Cały statek podskoczył do góry, a ona uderzyła głową w ścianę. Poczuła, że zapada w ciemność.
Ocknęła się w jakimś ciemnym miejscu. Rozejrzała się. Robert siedział obok z głową zwróconą w drugą stronę, a René spał kilka metrów dalej. Byli w jakiejś chacie, czy jamie. Nie wiedziała co to za miejsce. Próbowała się podnieść, ale ból głowy uniemożliwił jej to. Jej mąż odwrócił się w jej stronę.
- No nareszcie – powiedział, a na jego twarzy pojawił się wyraz ulgi.
- Ile…
- Trzy dni. Ale nie martw się wszystko dobrze.
- Gdzie jesteśmy?
- Na jakiejś wyspie, nie wiem dokładnie, to chyba to miejsce które mieliśmy badać… a chodzi ci o to - machnął ręką w bliżej nie określonym kierunku.
- Nie wiem co to jest. Znaleźliśmy to dwa dni temu. To jakaś opuszczona baza, chyba – dodał po pewnym namyśle.



***



Jack z resztą grupy dotarł dwie godziny później. Sayid był wtedy już przytomny i mógł wszystko dokładnie powiedzieć.
Po wysłuchaniu opowieści Kate wstała, wyjęła pistolet i sprawdziła magazynek.
- Co ty robisz? – spytał Jack.
- Idę odbić naszych przyjaciół – powiedziała Kate patrząc na Jacka jakby go zobaczyła pierwszy raz w życiu.
- Nie możesz tak po prostu iść…
- Owszem mogę, posłuchaj Jack, nie wiem co ty zamierzasz robić w tej sprawie, ale ja nie będę czekać z założonymi rękami.
Jack wyprostował się.
- Posłuchaj Kate, zleży mi tak samo jak tobie na…
- A sprawiasz całkiem inne wrażenie – powiedziała chłodno.
- Na uwolnieniu reszty – dokończył Jack jakby nic nie usłyszał.
- Ale nie mamy ani planu, ani broni, ani nie wiemy gdzie oni są.
Rozległo się ciche chrząknięcie. Wszyscy spojrzeli na Bena, który siedział nie daleko ze związanymi rękami.
- Niedaleko stąd jest stacja badawcza – powiedział – jeżeli gdzieś zabrali waszych przyjaciół to na pewno tam.
- Dobrze – powiedział zmęczonym głosem Jack – Ale to nie zmienia faktu że nie mamy broni.
- Ja mam broń – wszystkie głowy zwróciły się w stronę Rousseau.
- Jest ukryta koło mojego… domu – powiedziała.
Przez chwilę Jack siedział cicho.
- Dobrze, a więc ja i Kate pójdziemy z tobą i weźmiemy co się przyda.
- Też chcę iść – zapiszczała Alex
- Nie ma mowy - powiedziała jej matka
- Ale…
- NIE – powiedziała tonem ucinającym wszelką dyskusję.



***


- Montaine, gdzie ty nas prowadzisz? – spytał Robert
- Zobaczysz, ale mówię wam warto to zobaczyć.
Godzinę temu Montaine wrócił ze zwiadu do ich obozu, krzycząc że znalazł coś nie zwykłego i muszą to natychmiast zobaczyć. Robert się sprzeciwiał, aby Danielle szła z nimi, mówiąc, że kobieta w zaawansowanej ciąży nie powinna tak daleko się oddalać, ale jak ona się na coś uprze to trudno ją przekonać do czegoś innego. Tak więc poszła z nimi.
Montaine zatrzymał się przed wielkim, zakaszlał. Wziął głęboki oddech i odgarnął liście.
Przed nimi był wielki statek z napisem Black Rock.
- O cholera – powiedział René
- Dobrze to ująłeś – mruknęła .
- Ale jak coś takiego jest możliwe? Przecież tutaj nie ma chyba ani tsunami, ani nic podobnego no nie?
Nikt mu nie odpowiedział.
- To co wchodzimy do środka? – zapytał Robert
- A po co mamy się tam pchać? - mruknął René
- Nie jesteś ciekaw?
- Nie.
Więcej nie było czasu na protesty. Nagle usłyszeli jakiś nieludzki hałas. Jakby dziesiątki dźwięków połączonych. Kilkadziesiąt metrów dalej jakieś drzewo się przewróciło, po chwili kolejne. I jeszcze jedno.
Wszyscy byli zbyt przerażeni, aby się ruszyć.
Czuli, że coś ich okrąża. Nagle, zza drzew wyleciało coś, czego jeszcze żadne z nich nie widziało. Ogromny czarny dym. Wszyscy patrzyli na niego. Nikt nawet nie drgnął.
Dym okrążył każdego z nich. Każdy po takim okrążeniu zaczął kaszleć.
Każdy oprócz Rousseau. Gdy dym podleciał do niej, okrążył ją dwa razy po czym normalnie zniknął.

Biegli, najszybciej jak umieli. Jakby od tego zależało ich życie.
- Co to było – powiedział roztrzęsionym głosem René.
- Co to kurw* było? – powtórzył.
Nikt nie odpowiedział, wszyscy nadal biegli.
- Nie ma co Montaine – powiedział Robert – jak ty coś znajdziesz to…
Urwał, a raczej mu przerwano. Ogromny ryk potoczył się po całej dżungli.
Coś biegło na nich. Tym razem nie czekali, tylko uciekali. Rousseau zobaczyła przed sobą jakąś jaskinię, ach gdyby tak udało im się tam dostać… i udało wpadali tam w ostatniej chwili. Najpierw Danielle, potem Robert, René i jeszcze dwóch towarzyszy, ale Montaine potknął się podczas biegu i dopiero teraz zobaczyli co ich goniło. Niedźwiedź polarny. Najprawdziwszy niedźwiedź polarny. Co po środku tropikalnej dżungli robi niedźwiedź polarny.
Montaine doczołgał się do jaskini, ale za późno usłyszeli głośne chapnięcie, a w następnej chwili krzyk bólu. Wciągnęli go do środka. Połowa rękawa była urwana wraz z ręką poniżej łokcia.
Montaine spojrzał żałośnie na swój kikut.
- Moja ręka – wychrypiał - Co ja kurw* zrobię bez ręki?



***


Sayid wyprostował się i spojrzał na siedzącego przed nim mężczyznę. Ben miał związane z tyłu ręce i patrzył na niego wzrokiem pozbawionym emocji. Gdy ostatnim razem był przez niego „przesłuchiwany” bez żadnych zahamowań okazywał strach i wołał o pomoc. A teraz? Teraz siedział spokojnie jakby nic go nie obchodziło. Jakby było mu wszystko jedno co się z nim zaraz stanie.
- Zapytam jeszcze raz. – powiedział w miarę spokojnym głosem – Kim są CI ludzie?
Ben spojrzał na niego pustym wzrokiem. Nie okazywał żadnych emocji, no może lekkie znudzenie. Westchnął.
- Już ci mówił Sayid. Są to ludzie którzy pragną twojej śmierci.


Kate wzięła głęboki oddech i biegła dalej. Biegli już od blisko pół godziny, z jedną drobną przerwą. Spojrzała na Jacka. Wydawał się być tak samo zmęczony jak ona. Jeśli nie bardziej. Ale Rousseau. Po niej nie było widać nawet śladu zmęczenia. Najwyraźniej 16 lat samotnej walki o przetrwanie daje korzyści.
Jej samej, siłę do biegu dawała jedynie myśl o uwolnieniu przyjaciół.
Przyjaciół powtórzyła z ironią. Kogo ona chce oszukać? Przecież nie biegnie po to aby uratować Hurley’a, Jina czy Bernarda. O Juliet też na pewno się tak nie martwi.
Rousseau nagle się zatrzymała. Rozejrzała do o koła i odeszła kilka kroków w bok.
- Co jest – powiedziała Kate – myślałam że idziemy po broń. Do twojej bazy.
- Broń schowałam tutaj. – powiedziała
- Tak na wszelki wypadek.
Danielle uderzyła kilka razy stopą w ziemię. Pochyliła się i odgarnęła liście.
Pod ich stopami znajdował się mały właz. Miał jakiś metr szerokości i tyle samo długości. Po środku było jakieś logo, ale ząb czasu sprawił, że nie dało się teraz rozróżnić co było tam namalowane.
- Znalazłam to kilkanaście lat temu. – powiedziała – pomóżcie mi to otworzyć.
Oboje podeszli lekko nie pewnie i podnieśli wieko. W środku był dół. Miał z metr głębokości i tyle samo szerokości. W środku było mnóstwo broni. Głównie były to karabiny z lat 80, ale znaleźli też kilka pistoletów.
Wzięli po trzy karabiny i siedem pistoletów. Pistolety wrzucili do plecaka Jack’a, a karabiny powiesili na ramieniu. I biegli. Znowu.



- Ludzie którzy pragną mojej śmierci – powtórzył spokojnie Sayid.
- Twojej, mojej, Jack’a, każdego.
Sayid westchnął z rozczarowaniem.
- Możesz to rozwinąć? Powiedz mi czym jest ta wyspa, ten „potwór”- mówił co raz głośniej i szybciej - kim WY jesteście, po co tu jesteście i kim są tamci co tu przypłynęli. Czy jest odpowiedź na te wszystkie pytania? – pod koniec już prawie krzyczał.
Ben spojrzał na niego. Sayida zadziwił jego spokój.
- Owszem jest odpowiedź na te pytania Sayidzie Jarrah. Jest bardzo prosta. Ale jesteś zbyt ograniczony aby móc ją zrozumieć.


***


Rousseau wzięła głęboki oddech. Tak musi to zrobić. Nie ma innego wyjścia. Podeszła do ściany i wzięła karabin. Naładowała go.
Odkąd wrócili z wyprawy do Czarnej Skały wszystko zaczęło się psuć. Montaine zmarł dwa tygodnie później. Przez ostatni tydzień miał gorączkę, a na koniec zaczął majaczyć.
Próbowali sobie wmawiać, że to przez oderwaną rękę. Musiało się wdać zakażenie i to dla tego. Ale trzy dni później zachorował René, potem jeszcze trzech mężczyzn. Została tylko ona i Robert. Ale wczoraj widziała wyraźnie jak kaszle i robi sobie okład z zimnej wody.
Została tylko ona. Gdyby to było tylko ten jeden powód to nigdy nie zrobiła by tego co właśnie zamierza, ale jeżeli przybędzie ratunek? I wywiozą tą chorobę do Francji, albo gdzieś indziej? No i jeszcze jej dziecko. Urodzi się za kilka dni. Nie może dopuścić aby się zaraziło.
Boże wybacz mi. Pomyślała.
Wzięła karabin i podeszła do René. Majaczył coś przez sen.
- Nie… - wychrypiał – Jacob… już tam nie pójdę… przysięgam.
Nagle otworzył oczy.
- Danielle…? – powiedział niepewnie.
Spojrzał na karabin, a potem na nią.
- Przepraszam René – powiedziała łamiącym się głosem.
- Co ty robisz do kurwy nędzy? – zapytał
W odpowiedzi pociągnęła za spust.
Kilku ludzi poderwała się, ale nie zastanawiała się ani chwili dłużej. Zastrzeliła wszystkich. Oprócz jednego. Robert był na zewnątrz. Specjalnie czekała aż wyjdzie.
Wzięła dwa głębokie wdechy poczym wyszła za nim.
Było południe. Ale dżungla była tu tak gęsta, że światło ledwo prześwitywało.
Przyłożyła karabin do oka, gotowy do strzału.
Nagle usłyszała hałas. Odwróciła się tak szybko jakby od początku stała twarzom w przeciwnym kierunku.
Robert stał z wymierzonym w nią karabinem. Po czole spływał mu pot. Ale nie był o n wywołany stresem, tylko chorobą. Przez chwilę mierzyli do siebie. I nagle usłyszeli ciche pyknięcie.
Jej mąż patrzył przez chwilę na nią, potem spojrzał na swój karabin i wybuchł śmiechem. Śmiał się jak szaleniec, grubo ponad minutę. Gdy wreszcie przestał, odrzucił karabin na bok i spojrzał na nią, a na jego przystojnej twarzy wypłynął uśmiech szaleńca.
- Ty mała spryciulo – powiedział – to dla tego tak się upierałaś, aby całą broń przerzucić do tamtego schowka. Zostały tylko dwa karabiny. Twój i ten złom
- Przepraszam Robert – powiedziała cicho.
- A powinienem pamiętać, że nie działa bo przecież sam to odkryłem, prawda? – powiedział jakby nie usłyszał co powiedziała jego żona.
- Ja muszę…Robercie.
- A pamiętasz jak odkryłem, że nie działa? To było dość śmieszne. To wtedy René…
Rousseau pociągnęła za spust. Jej mąż stał przez chwilę w miejscu po czym dotknął swojej rany, spojrzał na nią i powiedział:
- Do zobaczenia w następnym życiu.




***


Rousseau zatrzymała się tak nagle, że biegnący za nią Jack i Kate, mało co na nią nie wpadli.
- Co się stało? – spytała Kate
Nie odpowiedziała od razu. Stała przez chwilę nieruchomo i słuchała.
- Wydawało mi się, że… - nagle urwała.
Złapała Kate za ramię, a Jack’a za bluzkę i pociągnęła ich na ziemię w krzaki.
- Co jest? – spytała ponownie Kate – nie możemy tracić czasu…
Danielle zasłoniła jej usta rękom. Przez chwilę siedzieli cicho w mokrej trawie nasłuchując. I nagle. Bez żadnego ostrzeżenia, tuż przed ich oczami pojawiła się stopa w sandale.
Jack wstrzymał oddech, czując, że serce wali mu jak młot.
Stopa przesunęła się dalej, a za nią pojawiła się kolejna i jeszcze jedna i następna.
Naliczył z pięciu ludzi. Inni przeszli powoli, ostrożnie stawiając każdy następny krok.
Gdy już zniknę li, trójka rozbitków nie ruszyła się z miejsca i Jack mógłby siedzieć jeszcze przez kilka minut w krzakach, ale Kate i francuska poderwały się w tej samej sekundzie patrząc na niego wyczekująco.
Lekarz westchnął i wstał.
Czekała ich jeszcze długa droga.
***


Rousseau przetarła oczy. W jej ramionach mała Alex spała. Była z nią dopiero tydzień, ale Rousseau wiedziała, że nigdy nikogo już tak nie pokocha.
Wyprostowała się w fotelu. Tak jej się spać chce. Nie zmrużyła oka od dwóch nocy. Prawdę mówiąc to nie mogła usnąć odkąd wróciła trochę ponad tydzień temu z wieży radiowej. No i bała się usnąć, bo ciągle przychodziło jej na myśl, że ta osoba, która podpaliła ten carny dym, może chcieć odebrać jej dziecko.
No ale przecież jest sama na tej wyspie, a ten dym to równie dobrze mógł być wywołany przez burzę. Błyskawica uderzyła w drzewo, to się podpaliło i stąd to całe zamieszanie.
Zresztą poczuje jeżeli będzie coś nie tak.
Ten fotel jest taki wygodny.
Poczuła jak jej powieki same opadają.

Zdawało jej się, że dopiero co zamknęła oczy gdy się obudziła.
Ledwie się obejrzała gdy już wiedziała, że coś jest nie tak.
Karabin był po drugiej stronie pokoju, a pamiętała że położyła go koło siebie.
I nagle poczuła jak jedna ręka zasłania jej usta, inne ręce chwytają ją z tyłu, a jeszcze inne wyrywają Alex.
Chciała się poderwać, ale ktoś ją przytrzymywał.
Alex zaczęła płakać. A ona mogła tylko patrzeć, jak jakaś niska postać zabiera ją i wychodzi z jej domu.
Ktoś inny pochylił się nad nią, nie widziała jego twarzy, ale zapamiętała głos.
- Jeżeli nie będziesz nas szukać i już nigdy, powtarzam NIGDY nie skontaktujesz się, ze swoją córką, to pozwolimy jej żyć wśród nas. Nie zrobimy jej krzywdy. Tobie też nie. Będzie miała z nami o wiele lepiej niż z tobą tutaj. Ale pamiętaj, już nigdy się nie spotkacie.
Puścił ją. Była tak przerażona, że nie mogła nawet ruszyć rękom. Dopiero po kilku minutach wyszła chwiejnym krokiem z domu i ruszyła za nimi bełkocząc.
- Oddajcie mi Alex, oddajcie moją córkę…
Nie oddali.
Dzień później musiała wrócić i się pogodzić, że już nigdy jej nie znajdzie.


Lecz to nie był koniec koszmaru. Najgorsze miało dopiero nadejść.
Samotność.
Szesnaście lat samotności w dżungli.
Bez nikogo. Tylko ona i jej wyrzuty sumienia z powodu śmierci załogi.
W snach ciągle ich widziała.
Montain’a bez ręki.
René z wyrazem nie dowierzania na twarzy.
I jej męża patrzącego na nie działający karabin i śmiejącego się jak szaleniec.
I po szesnastu latach doszła do wniosku, że ma dość takiego życia.
Poszła do miejsca gdzie zabiła Roberta. Przyłożyła sobie karabin do głowy i stała tak w bezruchu.
Nie miała odwagi.
Ale wtedy przypomniała sobie ten głos i poczuła, że jest jej wszystko jedno.
Przyłożyła i palec do spustu i już miała nacisnąć spust gdy…
- Pomocy! Ratunku!
Rozejrzała się i podeszła do miejsca z którego dochodził ten hałas.
W jednej z jej pułapek wisiał jakiś arab.
Spojrzała na swój karabin, a potem w niebo.
Dzięki ci Boże – pomyślała.


***


Wrócili godzinę temu. Jack rozpakował broń i razem z Sayid’em uzgadniali plan działanie. Jeżeli Ben nie kłamał to ta stacja powinna być w miarę nie daleko.
Rozejrzał się. Kate chodziła w kółko najwyraźniej uważała, że to lepszy sposób na spędzanie czasu niż siedzenie przy broni.
Rose i San siedziały cicho. Desmond rozmawiał cicho z Claire. Najwyraźniej sama chciała się wszystkiego dowiedzieć. Co jakiś czas wybuchała cichym płaczem i wtedy najczęściej Kate przerywała chodzenie i próbowała ją pocieszyć.
Nieco dalej Danielle rozmawiała z córką.
- Ale dlaczego wracasz? -spytała Alex z oczami pełnymi łez.
- Muszę – powiedziała cicho jej matka.
- Nie wcale nie musisz. Po prostu się boisz. Tylko nie wiem czego.
Rousseau westchnęła.
- Tak boję się – przyznała – boję się że tobie coś zrobią.
- Że co? - spytała z nie dowierzaniem.
Patrzyła na nią nie rozumiejąc ani słowa.
- Gdy cię zabierali, powiedzieli że jeżeli będę cię szukać to coś ci zrobią.
Alex patrzyła przez chwilę na matkę. Podeszła do niej.
- Ale to było szesnaście lat temu. Teraz mają inne problemy na głowie niż uganianie się za mną. Proszę zostań.
Po policzku spłynęła jej samotna łza.
Rousseau otarła ją i jej uwierzyła.
- Dobrze – odpowiedziała cicho – zostanę.




Juliet rozejrzała się do o koła. Już nikt nie spał. Nikt się nie odzywał. Wszyscy patrzyli się w drzwi, na których widniało logo Dharmy. W ośmiokącie był wizerunek wilka z rozdziawioną paszczą, a pod spodem napis: The wolf.
Juliet nigdy nie słyszała o tej stacji, ale już przyzwyczaiła się, że o wielu rzeczach jej nie mówiono.
Odkąd się tu znaleźli nikt do nich nie zajrzał.
Trochę ją to martwiło.
Wolałaby chyba, żeby już ktoś ich przesłuchiwał.
Nagle drzwi otworzyły się z głośnych hukiem.
Do środka wmaszerował. Średniego wzrostu mężczyzna. Omiótł spojrzeniem salę i podszedł do Hurley’a.
- Słuchajcie mnie uważnie bo nie będę się powtarzał. Gdzie są wasi przyjaciele? – zwrócił się do Hurley’a.
- Nic mu nie mów – warknął Sawyer.
Juliet jęknęła i pokręciła głową. Czemu nie siedział cicho?
- Ach tak – powiedział nieznajomy – Pan James Ford, czy może Sawyer?
- Dla ciebie Pan Sawyer – powiedział z okropnym uśmiechem.
Ten nic nie odpowiedział. Podszedł do niego powoli.
- No i co zrobisz panie twardzielu? Może…
Ale nie dokończył. Mężczyzna kopnął go z całej siły w brzuch, potem jeszcze raz i jeszcze raz.
Sawyer zawisł w linach i wypluł coś o kolorze żółto-czerwonym.
- Niech pan będzie przez chwilę cicho z łaski swojej, Panie Sawyer.
- Wal się – wydyszał.
W odpowiedzi nieznajomy się uśmiechnął się.
Podszedł do Hugo, wyjął pistolet i wycelował w niego.
Reyes wpatrywał się w niego nie mogąc wymówić nawet jednego słowa.
- Gdzie - oni – są – powiedział wypowiadając każde słowo powoli.
- Ja… ja mam, ja nie wiem…
Ten tylko westchnął ze znudzeniem i strzelił tuż obok jego głowy.
- Nie będę się powtarzał, następna trafi w twoją głowę. Powiesz?
- Tak – wychrypiał – powiem.




LOST
 
 
 
Morgoth 
Ben


Dołączył: 27 Gru 2007
Posty: 1641
Wysłany: 2008-01-18, 23:09   

cuuuudne jak zawsze ale ta czesc byla ciut bardziej przewidywalna :P
Narion napisał/a:
Czuli, że coś ich okrąża. Nagle, zza drzew wyleciało coś, czego jeszcze żadne z nich nie widziało. Ogromny czarny dym.

Na to czekałem :D
_________________
 
 
MarQuess_Axel93 
Sayid


Wiek: 15
Dołączył: 15 Sty 2008
Posty: 657
Skąd: Kopanica
Wysłany: 2008-01-19, 16:34   

Masz talent . Naprawde ciekawe rozwiązanie.
_________________
 
 
 
Morgoth 
Ben


Dołączył: 27 Gru 2007
Posty: 1641
Wysłany: 2008-01-21, 15:01   

Narion kiedy nastepny odcinek :?:
Czyzby wygasła umowa naszego forum ze scenarzystą :?: :D
Jesteśmy spragnieni twojej twórczości :P
_________________